Warszawska runda Drift Masters miała dla Kuby Przygońskiego szczególny smak. Jazda na Stadionie Narodowym przed własną publicznością, wyjątkowa atmosfera i wymagający tor sprawiły, że od pierwszych przejazdów było czuć, jak dużą stawkę ma ten weekend. Polski kierowca od początku zmagań prezentował solidne, a przede wszystkim powtarzalne przejazdy. Zawodnik ORLEN OIL pewnie przebrnął przez kwalifikacje. Nie miał też większych problemów w rywalizacji w TOP 32 i pewnie awansował do kolejnej fazy zmagań.
Kibice długo czekali na rozpoczęcie TOP 16. Po pierwszej fazie zawodów organizatorzy przewidzieli przerwę techniczną oraz prezentację najlepszej szesnastki warszawskich zawodów. To właśnie starcie Polaka miało rozpocząć rywalizację po przerwie. Na drodze Przygońskiego do kolejnej rundy stanął James Deane. Starcie z jednym z najbardziej doświadczonych i utytułowanych zawodników driftingowych zapowiadało się niezwykle interesująco. Kibice mogli spodziewać się widowiskowej walki dwóch kierowców, którzy doskonale znają specyfikę rywalizacji na najwyższym poziomie.
Ostatecznie nie było jednak ani jednego przejazdu. Podczas wjazdu na tor Przygoński najechał na wkręt, który przebił oponę. Na rozgrzewce przednia opona zsunęła się z felgi, co natychmiast zauważył sędzia startowy. Przygoński nie został dopuszczony do startu i w ten sposób został wyeliminowany z zawodów bez możliwości zaprezentowania swoich umiejętności i podjęcia walki z rywalem.
„Wielki pech w TOP 16. Pary z Jamesem Deanem nawet nie rozpocząłem. Wjeżdżając na tor, najechałem na wkręt, który przebił oponę. Przez to nie mogłem wystartować, a więc pech i wielkie nieszczęście. Przegrywamy bez walki” – powiedział Kuba Przygoński.
To jeden z tych momentów, które w motorsporcie bolą najbardziej. Kierowca może perfekcyjnie przygotować się do zawodów, zespół może dopracować samochód w najmniejszych szczegółach, a mimo to o wyniku może zdecydować coś całkowicie niezależnego od zawodnika. Tym razem wystarczyła chwila i jeden niefortunny kontakt z wkrętem znajdującym się na drodze prowadzącej na tor.
Paradoksalnie, mimo przedwczesnego zakończenia rywalizacji, Przygoński miał po zawodach sporo powodów do optymizmu. Sam kierowca bardzo pozytywnie oceniał cały weekend. Szczególnie podkreślał atmosferę panującą na Stadionie Narodowym oraz dobre przygotowanie zespołu.
„To był niesamowity weekend. Super tor, atmosfera. Bardzo dobrze mi się jeździło. Byliśmy dobrze przygotowani” – zaznaczył.
W driftingu margines błędu jest niewielki, a rywalizacja często rozstrzyga się w ułamkach sekund. Tym razem jednak nie była to kwestia błędu kierowcy czy przewagi rywala. Przygoński po prostu miał ogromnego pecha.
Na szczęście sezon jeszcze się nie skończył. Warszawski weekend można więc potraktować jako lekcję i jednocześnie dodatkową motywację przed kolejnymi zawodami. Już za dwa tygodnie Kuba Przygoński ponownie pojawi się na torze. Tym razem areną zmagań będzie legendarny Tor Poznań, gdzie rozegrane zostaną Driftingowe Mistrzostwa Polski. Stawka będzie wysoka – walka o kolejny, szósty tytuł driftingowego mistrza Polski.
„Na szczęście to nie koniec sezonu. Już za dwa tygodnie widzimy się na legendarnym Torze Poznań, gdzie będziemy walczyć o kolejny tytuł driftingowego mistrza Polski” – zapowiada Przygoński.
Poznań będzie więc idealną okazją, aby szybko zamknąć rozdział pod tytułem „Warszawa”. Tym razem o wyniku mają decydować przede wszystkim umiejętności, przygotowanie i bezpośrednia walka na torze.